5 rozwiązań zero waste, które mnie zaskoczyły

Bezodpadowe rozwiązania nie zawsze są takie jak na pierwszy rzut oka nam się wydaje. Dlatego dziś chciałabym opisać Wam 5 rozwiązań zero waste, które totalnie mnie zaskoczyły.
Są to rzeczy, co do których byłam pewna, że w moim przypadku się nie sprawdzą, że korzystanie z nich będzie strasznie niewygodne albo nieprzyjemne. To rozwiązania, których spróbowałam głównie dlatego, żeby móc powiedzieć, że u mnie się nie sprawdziło.

Także, ku mojemu własnemu zaskoczeniu pisze – u mnie się sprawdziło i Wam też te rozwiązania polecam.

1. Kubeczek menstruacyjny

kubeczek menstruacyjny

Jest to chyba jedno z większych zaskoczeń i chyba trochę rzecz, która nie do końca powinna się znaleźć w tym zestawieniu, ponieważ kubeczka menstruacyjnego zaczęłam używać zanim dowiedziałam się o tym czym jest zero waste.
Jednak ze względu na to, że kubeczek uważam za jedno z najfajniejszych bezodpadowych rozwiązań wrzucam go do tej piątki bez wyrzutów sumienia.

O kubeczku usłyszałam 6 lat temu, na początku koncepcja kubeczka była dla mnie zwyczajnie obrzydliwa. Bo jak to 1 kubeczek na cały okres i jeszcze mam go używać przez 10-15 lat – FUJ.
Postanowiłam jednak zgłębić temat i okazało się, że ciężko trafić na kogoś komu kubeczek się nie sprawdził (do tej pory poznałam tylko 1 taką osobę).
Stwierdziłam, że spróbuję. Nie była to szybka decyzja, oswajałam się z tematem kilka miesięcy, ale cieszę się, że spróbowałam.

Tak jak kiedyś przerażające były dla mnie kubeczki tak teraz nie wyobrażam sobie powrotu do tamponów. To była zdecydowanie najlepsza bezodpadowa zmiana jaką kiedykolwiek wprowadziłam i każdej dziewczynie polecam z całego serca spróbować.

2. Maszynka na żyletki

Kiedy w 2015 roku zaczęłam wprowadzać bezodpadowe zmiany zaczęłam się zastanawiać nad taką maszynką. Byłam pewna, że się u mnie nie sprawdzi i bałam się strasznie. Strach był na tyle mocny, że nawet nie chciałam jej zamawiać (tak jakbym mogła pokaleczyć się wciskając przycisk ‚Kup teraz’). Chciałam jednak takie zerowastowe zmiany wprowadzać i postanowiłam spróbować, żeby upewnić się, że to nie dla mnie i mieć czyste sumienie kupując jednorazówki. Poprosiłam, więc męża, żeby on zamówił mi maszynkę. Kuba otworzył przesłany przeze mnie link i powiedział ‚mam coś takiego’. Chwilę pogrzebał w szafie i wyciągnął 2 takie maszynki. Jedna mocno używaną, druga nowa – pamiątki po dziadku. Od tamtej pory używam jej cały czas i uważam, że kupowanie jednorazówek było niewygodne i drogie. Żyletki jakiś czas później znalazłam w mieszkaniu babci (zapakowane w papierowe koperty i kartoniki – to były zerowastowe czasy!). Także dzięki takim fajnym ‚pamiątkom rodzinnym’ na maszynki nie wydam grosza przez kolejną dekadę, jak nie dłużej. Swoją drogą uważam, że to najfajniejsze pamiątki, takie których używamy. Dzięki którym mówimy o osobach, których z nami już nie ma. Dziadka mojego męża nie miałam okazji poznać, ale mówię o nim regularnie na moich warsztatach i wykładach. Mało tego, nie tylko ja. O dziadku mojego męża przy różnych okazjach mówi też Gosia (Vademecum Zero Waste ) i bardzo dobrze, bo sporo ludzi wróciło do mnie z informacją, że dzięki tej historii oni też wyciągnęli takie maszynki z szaf dziadków czy wujków.

3. Pieluchy wielorazowe

Przy mojej starszej córce miałam pierwszą próbę pieluchowania wielorazowego. Poniosłam porażkę totalną, która utwierdziła mnie w przekonaniu, że pieluchy wielorazowe są szaleństwem, wymagają ogromnych nakładów pracy i ciągle przeciekają.

Moje emocje jeśli chodzi o pieluchowanie wielorazowe na początku 2 ciąży były lekko mówiąc mieszane. Mój problem jednak polegał na tym, że czułam się zobowiązana, żeby przynajmniej spróbować. Po pierwsze wprowadzałam zero waste w swoje życie już od jakiegoś czasu, po drugie zaczynałam nagrywać filmy o zero waste na YT (youtube.com/wdrodzedozerowaste ), a po trzecie i chyba najważniejsze, gdy byłam w ciąży, założyliśmy Polskie Stowarzyszenie Zero Waste. Krótko mówiąc musiałam spróbować.

Przy pierwszym podejściu popełniłam mnóstwo błędów, ale największym z nich był fakt, że jedynym moim źródłem informacji był jeden kanał na YT. Przy drugim podejściu stwierdziłam, że poczytam trochę więcej i dowiedziałam się ile rzeczy robiłam źle. Na szczęście trafiłam na wielopieluchowe grupy na fb i to chyba głównie dzięki nim mi się udało.

Okazało się, że pieluchy wielorazowe są zupełnie do ogarnięcia, trzeba tylko na początku dać sobie chwilę czasu, że by sprawdzić co nam się sprawdza i wypracować swój system.

Dodatkowo są zdrowsze dla dziecka, dla środowiska, a z perspektywy czasu, są też tańsze. Także polecam każdemu spróbować.

PS. W tajemnicy zdradzę, że zastanawiam się nad napisaniem poradnika o pieluchowaniu tak, żeby zebrać w jednym miejscu wszystkie informacje, które ułatwią rodzicom start z pieluchami wielorazowymi.

 

4. Woreczki na zakupy
Pamiętam szycie moich pierwszych woreczków. Lekko traumatyczne przeżycie, bo szyć nie umiem wcale, a moje zdolności manualne pozostawiają wiele do życzenia. Pojechałam, więc do mojej teściowej (sama nie mam maszyny) i pod jej okiem uszyłam swoje woreczki. Było ciężko, większość woreczków miała szwy po oby stronach, ale spełniały swoją funkcję.

Bałam się z nimi iść na zakupy potwornie. Byłam przekonana, że każdy będzie zadawał mi setki pytań dlaczego takie woreczki, a nie foliówki, a ja będę musiała się cały czas tłumaczyć.

Okazało się jednak, że wszyscy mają gdzieś do czego robię zakupy. Czasami trafił się jakiś miły komentarz, czasami nie zdążyłam powiedzieć ‚bez torebeczki poproszę’, ale zasadniczo o ile wykażemy się refleksem – nie ma różnicy z czego jest torba.

 

5. Kupowanie rzeczy używanych
Przed erą ‚zero waste’ nie kupowałam rzeczy używanych. Myślałam, że są bezwartościowe, że trzeba strasznie dużo czasu i wysiłku, żeby coś znaleźć co się jako tako nadaje, a okazało się, że nie.
Nie mam tutaj namyśli lumpeksów, chociaż ubrania w większości kupuję właśnie z drugiej ręki, ale też masę innych rzeczy. Żyjemy w społeczeństwie, które jest nauczone nieustannego kupowania, wymianiania na lepsze, nowsze, ładniejsze. Konsekwencją tego jest masa niechcianych rzeczy, których ludzie chcą się pozbyć, a które często są w świetnym stanie.

 

A Wy macie jakieś swoje zaskoczenia zero waste? Jeśli tak koniecznie mi o nich napiszcie!

2 thoughts on “5 rozwiązań zero waste, które mnie zaskoczyły”

  1. U mnie jedną z największych zmian było przejście z picia wody butelkowanej na tą z kranu. Przez jeden dzień miałam wątpliwości, bo woda z kranu smakowała inaczej niż ta z butelki, ale następnego dnia już praktycznie nie wyczuwałam różnicy i wodę z kranu piję do dzisiaj. Do tego wielorazowa buteleczka na wodę by mieć zapas na wyjścia z domu.

    Inną zmianą było zaprzestanie kupowania książek drukowanych. Kupowałam dużo i bez ograniczeń, a 70% z nich wciąż jest nieprzeczytana (a czytam dużo). Nadal czytam, kupuję książki, ale ebooki. A te drukowane sprzedaję lub oddaję.

    Oprócz wkraczania na drogę zero waste kroczę też drogą ku minimalizmie, czyli posiadania tego, co naprawdę potrzebuję, a nie tego, co mi się wydaje, że potrzebuję lub „zawsze to miałam, szkoda wyrzucać”. Nie wyrzucam, ale sprzedaję lub oddaję i szukam dla swoich rzeczy drugiego życia.

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *